2014-10-23

1944 Polish Warsaw Uprising - unknown facts

Ver. 1.1.1

Warsaw Uprising 1944: source materials

Have you heard of the Warsaw Uprising of Poles against the Nazi Germans where the mostly civilian insurgents fighting fascism were left to bleed and die by the Russians located on the other side of the river?

Murdered and raped Polish civilians
If not, please read about this uprising, about the Ochota and the Wola massacres, and about some Germans responsible for the massacres who were left in peace by West German and US authorities for political gains after the war's end. And about German military sadists and necrophiliacs who mercifully died before their trial.

But it is not all black and white.

Poles were also responsible for killing unarmed civilians for no military reason, en masse. Here are some disturbing testimonies.

[To be translated]

In his memoirs, Zbigniew Blichewicz, nome de guerre "Nick", decribed an execution by Polish insurgents of local Volksdeutschers: ethnic Germans with pre-war Polish citizenship who resided in Warsaw at the time.

Zbigniew saw a garden and against the background of the barracks dozens of people, mostly men, lined up. A group of people of both sexes is witnessing the scene.  

Polish Home Army insurgent soldiers were milling around. Every now and then one of them shot a person from the group that were standing still.
 

The civilian victims were shots one by one, their bodies collapsing to the ground. The scene looked like gruesome ad hoc sport event.

Zbigniew Blichewicz was shocked for a few moments while watching the whole scene. When he finally asked what this was all about, he heard: We smoke up Volksdeutschers! As it turned out, the victims came from the local camp of Germans who had been arrested by the insurgent Poles. When some of these German prisoners escaped, the Polish Home Army soldiers decided to kill the rest, so that the prisoners do not to return to their German compatriots.

Exterminate all Volksdeutschers! German natives, and only those that can aid us somehow, are to be left. Throw the remaining bodies to the barracks, douse with kerosene and burn them! Make sure all burns well! Do not leave any trace!


Polish:
Wszystkich folksdojczów do ziemi! Niemców rodowitych i tylko tych, jak ten, co mogą nam się na coś przydać, zostawić. Ciała reszty powrzucać do baraku, oblać naftą i spalić! Dopilnować, żeby się wszystko dobrze spaliło! Żeby nie zostawić żadnych śladów!

Source: "The fate of German prioners during the 1944 Warsaw Uprising" by  Sebastian Pawlina



[To be translated]
Jedna z uczestniczek Powstania tak o nim pisała:

Kochany, z zachwytem przeczytałam Twój artykuł o powstaniu, jak zresztą zawsze to, co piszesz, czytam. Ale chcę Ci powiedzieć – i tylko Tobie -nie tylko to jest prawdą. Powstaniec warszawski – piszesz – poraził rodzimą nikczemność i obce kłamstwo. I tak, i nie. Byli cudowni młodzi żołnierze, ale byli i tacy, który za 10 złotych dolarów sprzedawali choremu garść czarnej kawy, którzy kradli na kwaterach, co w rękę wpadło, którzy zwłok »ukochanego« dowódcy (Andrzeja Romockiego, syna tego od Dowbora) nie zabrali spod kul o 15 kroków. Z rzeźni na Mokotowie do moich kwater dochodziły tylko kości. Kradzież i pijaństwo nie miało granic. A idiotyzm! W połowie sierpnia przyjechali na Mokotów Węgrzy – że niby się przyłączą. Musiałam wydać dla nich konserwy i wino. Bratano się, wiwatowano i pito. Pokazano wszystko. Pofotografowano, zaśpiewali »Jeszcze Polska…« i odjechali. A zaraz potem grad bomb poszedł na te fotografowane miejsca i nikt się nie przyłączył.
Dlaczego trwało aż 63 doby? Bo niemcy (pisownia oryginalna -przyp. red.] zawsze pod płaszczykiem walki z powstaniem robili antysowieckie przesunięcia wojsk, a nas nie zdobywali. Tylko ostrzeliwali z ciężkiej artylerii i moździerzy, żebyśmy wyzdychali powoli i żeby naszą winą było zniszczenie miasta. Jak tylko potrzebowali jakiejś dzielnicy – zdobywali ją w jeden dzień. Cóż nas broniło? Maleńkie rowy i kilkaset granatów i kilkadziesiąt karabinów. Wjeżdżali czołgami, jak chcieli, ale wtedy kiedy chcieli, nie wcześniej. Były małe sporadyczne bitwy, ale przede wszystkim po prostu trwanie i czekanie na pomoc lub śmierć. Rola zajęcy na miedzy, bo myśliwy zajął się czymś innym.
Człowiek w warunkach za ciężkich – brak wody, światła, jedzenia, ciągły obstrzał – staje się bydlęciem. Akurat jak w warunkach zbyt lekkich. Już we wrześniu powstańcy dzielili się na nielicznych świętych Jerzych – i na bydło. To też jest prawdą. Prawdą tylko dla Ciebie.
I sama godzina wybuchu? Piąta. Akurat robotnicy wracają z fabryk, akurat pół miasta siedzi w tramwaju (wisi na tramwaju). Czyj to był szatański pomysł? Kto ubzdurał sobie, że powstanie zacznie się od desantu na Okęciu? Tak przecie mówili oficjalnie spadochroniarze, których instruował »sam« Sikorski! I tego desantu czekano codziennie i mój mąż [gen. Ludomił Rayski] był trzy razy nad Warszawą ze zrzutami i mówi, że to było piekło, a desant dziecinną mrzonką. Stracili 30 załóg na 95 samolotów, które doleciały. [...]
W początkach lata wysyłano z Warszawy wszystkich cywilnych Niemców. Na 1 sierpnia opróżniono koszar które myśmy tryumfalnie »zajęli« po to tylko, żeby Niemcy wiedzieli, co bombardować. Jak genialnie (Niemcy i Sowieci] dali sobie buzi nad naszym trupem! I jak nieskończenie naiwni byliśmy – my.
»Z siłą ukrytego pożaru muszą się liczyć najpotężniejsi na świecie« -piszesz. Nieprawda. Chciałabym wierzyć, że krew ta nie została zmarnowana. Nie wierzę. Wobec Boga – tak Wobec ludzi – po prostu w błoto”  

Source: Letter of Stanisława Kuszlewska – Rayska to her ex husband, colonel Ignacy Matuszewski, written in 1945, one year after the Uprising.
  

[To be translated:]

Radość szybko przerodziła się w rozgoryczenie, gdy walki zaczęły się przedłużać, przynosząc coraz więcej ofiar cywilnych. Morale cywilów słabło w miarę kurczenia się zapasów żywności, wody i leków. Okupacyjna rzeczywistość nie była łatwa, lecz w porównaniu z warunkami powstańczymi mogła się wydawać czasem spokoju i stabilizacji. Czym bowiem były kłopoty z zaopatrzeniem i kartkami z wcześniejszych lat przy obecnym nieustannym głodzie i pragnieniu?

„Byliśmy tak zgłodniali, że jedliśmy mięso z konia, którego toczyły robaki, jedliśmy też wychudzone koty i psy”, wspominała Barbara Szymakowa, w czasie powstania 13-letnia dziewczynka, mieszkająca u dziadków przy ul. Burakowskiej.
Oczywiście pierwsze dni sierpnia to okres żywiołowego wsparcia powstania. Mieszkańcy sami organizowali się w drużyny. Młodzi i starzy, mężczyźni i kobiety – wszyscy z równym zapałem garnęli się do budowy barykad. Chętnie też udzielali się w szpitalach i kuchniach polowych. Do czasu.
Już w połowie sierpnia w wielu miejscach miasta panowała anarchia. „Władze administracyjne nie dają już sobie rady. Starosta – człowiek młody bardzo i niedoświadczony – nie panuje nad sytuacją”, skarżył się jeden z powstańców. Drugi w tym samym czasie meldował, że „wzrastała ciągle liczba głosów przeklinających powstanie i rząd”....
Nad rozkazami Armii Krajowej górę brały ogólne zniechęcenie i apatia. 
„Nastawienie ludności w schronach cechuje chorobliwa bierność – alarmowano 12 sierpnia ze Starego Miasta. – Zupełnie biernie znoszą głód (niektórzy nie jadają po 2-3 dni), nie wykazują żadnej inicjatywy w kierunku starań o żywność”. 
Coraz trudniej było o ochotników do stawiania barykad i pracy w szpitalach. W wielu przypadkach dopiero groźbą czy wręcz przemocą powstańcy rekrutowali pomocników.
Minorowe nastroje potęgowane były przez zniszczenia zmuszające ludzi do tłoczenia się w piwnicach. Silne więzy sąsiedzkie rozluźniły się na skutek wymieszania się osób o różnym statusie materialnym, wykształceniu czy poglądach politycznych. W takich warunkach łatwo było o spory i kłótnie, które nierzadko przeradzały się w rękoczyny. 

„Załamywała się dyscyplina, a poczęły szerzyć kradzieże i drobne przestępstwa. (…) Niektórzy stawali się nieczuli na cierpienia innych, nawet jeśli osoby cierpiące należały do rodziny. Przestawano grzebać ciała zmarłych”, wspominał o. Medard Parysz, kapelan powstania. Wspólnota z pierwszych dni walk przestawała istnieć.
Głód, choroby i trudy życia w piwnicach odbierały ludziom wiarę w zwycięstwo. Kwitła jedynie spekulacja. O ile na początku sierpnia litr wody kosztował 200 zł, o tyle po kilkunastu dniach trzeba było już płacić 600 zł za szklankę. Jeszcze droższe były lekarstwa i żywność, o które trwała nieustanna walka między powstańcami a cywilami.

Coraz częściej mieszkańcy domagali się zgody na ewakuację. Pierwsze takie próby podejmowano już na początku powstania, jednak w obliczu ogólnej euforii nikt z dowództwa nie traktował ich poważnie. Chętnym do opuszczenia swoich domów nie robiono problemów, choć niedwuznacznie sugerowano im tchórzostwo. Problem zaczął się, gdy prośby zamieniły się w żądania, a ich liczba zaczęła lawinowo rosnąć.
Pod koniec sierpnia cywile przebywający na Starówce w kościołach Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny i św. Franciszka udali się do mjr. Stanisława Błaszczaka „Roga”, domagając się umożliwienia im ewakuacji. Spotkali się z odmową. Jak przekonywał dowódca, 

„jeśli duża grupa osób w towarzystwie osób duchownych opuści ten teren i przejdzie na obszary zajmowane przez Niemców, to wśród powstańców załamie się wola walki. Każdy, kto będzie próbował wyjść, zostanie zastrzelony jako zdrajca”.
Trudno się oprzeć wrażeniu, że ludność cywilna stała się zakładnikiem powstańców, a nade wszystko ich dowódców. Była im potrzebna, bo bez niej dalsza walka traciła jakikolwiek sens. 
„Gdy zabraknie mieszkańców – przekonywał gen. Okulicki – możemy oczekiwać, że poczuje się żołnierz osamotniony i nie potrafi się zdobyć na obronę tej kupy gruzów, jaką dzisiaj przedstawia Warszawa”.
 Każda strata wśród cywilów była więc dla polskiego dowództwa usprawiedliwiona.

Source: "Hypocritical History of the Warsaw Uprising", by Krzysztof Wasilewski

No comments:

Post a Comment