2014-11-21

Mandala a Polska - Wóz z Bronocic: pierwszy zapis koła i wozu na świecie

Mandala a sprawa polska: "Archeologia. Piąte koło u wozu"

Fragmenty wazy (Wikipedia)

Poniżej zamieszczam odtworzoną kopię artykułu o Wozach z Bronocic: najstarszym rysunku wozu na świecie, znalezionym na ziemiach polskich (!).

Niestety, jest to kolejny zapoznany skarb narodowy, o którym się nie uczy, a ważny dlatego, że dowodzi rodzimego (słowiaskiego, "polskiego") pochodzenia symbolu wozu, koła, mandali w kulturze polskiej.



Duży Format, Gazeta Wyborcza,
Konrad Godlewski 21-08-2003

Skąd wziął się wóz Bronocicach 5,5 tys. lat temu? Tak naprawdę jest to pytanie
o miejsce, w którym dokonano czterokołowego wynalazku. Do tej pory archeolodzy uważali, że stało się to między Eufratem i Tygrysem




Dostałem list: "Szanowny Panie Redaktorze! Pochodzę z miejscowości, w której
jakieś 30 lat temu znaleziono wazę z najstarszym na całym świecie wyobrażeniem
wozu czterokołowego. Pochodzi sprzed 5,5 tys. lat, a więc jest starsza niż
piramidy. Wygląda więc na to, że kolebką cywilizacji była Polska! Niestety
cywilizacja znalazła sobie niezbyt szczęśliwe miejsce do rozwoju, albowiem po
dokonaniu owego znaleziska zapanowała kompletna cisza. O odkryciu prawie nic
nie pisano, a jeżeli pisano, to tylko w prasie naukowej. Waza tkwi w Instytucie
Archeologii i Etnologii PAN w Krakowie, a kopia jest eksponowana przez
tamtejsze Muzeum Archeologiczne. Taka promocja to żadna promocja!".

Podpis: mieszkanka Bronocic.


Maniek, nie kłusownik


Gdyby nie Maniek Wróbel, kłusownik znad Nidzicy, świat nadal żywiłby
przekonanie, że to Sumerowie, których cywilizacja kwitła 5 tys. lat temu między
Eufratem a Tygrysem, wynaleźli transport kołowy. I nikt nie miałby wątpliwości.

- Tylko niech pan nie pisze, że Maniek był kłusownikiem - radzi Paweł Kamiński,
kierownik domu kultury w Działoszycach. - Wie pan... rodzinie będzie przykro.

Prośbie tej nie uczynię zadość, bo jeżeli naszego bohatera ma za kłusownictwo
dosięgnąć jakaś sprawiedliwość, to już tylko niebiańska. A rodzina Mariana
Wróbla i tak powinna być dumna z takiego krewnego.


Korole


Z początkiem lat 70. we wsi Dziekanowice pod Działoszycami, 50 kilometrów na
północ od Krakowa, młody archeolog Janusz Kruk prowadzi badania sondażowe w
dolinie Nidzicy. Trafiła mu się życiowa szansa na przeprowadzenie wielkich
wykopalisk. Musiał więc znaleźć stanowisko, gdzie naprawdę było warto wbić
łopatę. Wokół archeologów kręcił się Maniek Wróbel.

- Eee, panie, tu nic ciekawego nie znajdziecie - krzywił się. - Na Baskach (tak
miejscowi nazywali pobliskie wzgórze) to co innego. Tam to kamyki, garnki i
korole zupełnie na wierzchu leżą.

Archeolog Kruk i kłusownik Wróbel wyruszają na wzgórze. Kruk szeroko otwiera
oczy: całe Baski pokryte są leżącymi na wierzchu lub tuż pod powierzchnią ziemi
zabytkami z epoki neolitu.

- Nawet teraz każdej wiosny parę wiader się wyora - opowiada Jan Szot, rolnik z
Bronocic, który ma pole na Baskach. - Wtedyśmy nie zwracaliśmy na to uwagi.
Kamienie z dziurami braliśmy za stare liczydła.

Z Basków Maniek ciągnie zachwyconego badacza do swojej chaty. Wyciąga garść
okrągłych glinianych przedmiotów z dziurą na wylot.

- To korole - tłumaczy Wróbel.

- Dobry człowieku, toż to neolityczne przęśliki! - łapie się z głowę Kruk. - W
zamierzchłych czasach służyły jako obciążniki do wyrobu przędzy - wyjaśnia.

- E tam, gadanie - protestuje przewodnik. - To są anielskie korole, bo
widzicie, nad Baskami jest dziura w niebie i jak się aniołom zerwą korole, to
tędy spadają na ziemię.


Luksusowo, furmanką


Późną wiosną 1974 roku na Baskach zaczynają kopać. W Bronocicach, które
znajdują się najbliżej stanowiska archeologicznego, na płotach wiszą ogłoszenia
zachęcające do wzięcia udziału w wykopaliskach. Wysokie stawki odrywają
młodzież od żniw. Dla badaczy uruchomiono stołówkę, w której pracują wiejskie
gospodynie, a w soboty odbywają się słynne na całą okolicę dyskoteki.

- Byłem wówczas didżejem - wspomina Paweł Kamiński. - Zrobiliśmy pierwszy w
okolicy stroboskop i inne efekty. Wszyscy się wspólnie bawili, a okoliczni
ludzie do dziś wspominają te czasy z nostalgią, bo ciągle coś się działo.

- Archeolodzy nie żałowali pieniędzy - mówi Eugeniusz Szot. - W pierwszym roku
kazali się na wykopki wozić furmanką. Potem ktoś ich widać podliczył, bo w
następnych latach fatygowali się pieszo.

Ale największą sensację w okolicy wzbudzili Amerykanie.


O sztuce zadłużania się

Muzeum Archeologiczne Kraków

Wszystko przez Edwarda Gierka. To dzięki niemu i zaciąganym przez niego
kredytom archeolodzy mogli rozwinąć skrzydła. Wśród licznych zobowiązań, które
wzięła na siebie PRL pod jego rządami, były tzw. kredyty zbożowe. Kiedy
przyszło do ich spłaty, Amerykanie byli wspaniałomyślni: "Wydajcie te pieniądze
na cokolwiek, byle nie było to związane z ideologią. Najlepiej na naukę".

Amerykańscy archeolodzy właśnie pracowali nad zakrojonym na szeroką skalę
programem badań neo- litycznego rolnictwa, a bez wykopalisk w Europie Środkowej
program ten byłby niekompletny. Wybrali Polskę. Część pieniędzy ze spłaty
kredytów zbożowych została przeznaczona na archeologię. I tak Amerykanie
trafili do Bronocic. Jednak na czele wykopalisk stanął Janusz Kruk.

- W PRL-u nie mógł to być Amerykanin. To był największy fart w moim życiu -
mówi profesor Kruk.

Rok 1975 przynosi wielkie odkrycie. W odkopanej jamie na najniższym szczycie
Basków (tzw. kulminacja A) asystenci odsłaniają potłuczone fragmenty glinianego
naczynia.

- Kierowniku, znaleźliśmy Łunochoda! - wołają po pobieżnym ułożeniu "puzzla" z
neolitycznych skorup.

- Propaganda trąbiła wtedy o radzieckim pojeździe księżycowym, stąd skojarzenie
asystentów - wspomina profesor Janusz Kruk. - Na dokładniejsze zbadanie waza
musiała jednak poczekać do jesieni, kiedy zamykaliśmy trwające co roku 3,5
miesiąca wykopaliska i przystępowaliśmy do inwentaryzacji urobku.

W 1982 roku Janusz Kruk i Sarunas Milisauskas publikują pierwszy fachowy tekst
o "wazie z wozami". Jednak polskie gazety, radio i telewizja o odkryciu wazy i
wykopaliskach w Bronocicach milczą.

- Moi przełożeni stanowczo zakazali kontaktów z prasą. Bądź co bądź Amerykanie
teoretycznie byli naszymi wrogami.

Wykopaliska były pod stałą opieką tajnych służb, o czym Janusz Kruk przekonał
się, kiedy postanowił je odwiedzić ówczesny ambasador USA, a późniejszy
sympatyk "Solidarności", Richard Davies.

- Na tydzień przed jego wizytą w Bronocicach zaroiło się od "turystów",
osobników w wiatróweczkach z chlebaczkami przewieszonymi przez ramię - wspomina
profesor. - Wreszcie któregoś dnia zajechała czarna wołga. Poproszono mnie na
rozmowę. "My tu, rozumiecie, teren zabezpieczamy - poinformowali pasażerowie
wołgi. - A swoją drogą musicie te wykopaliska urządzać w takiej wiosze zabitej
dechami? Przenieście to raz-dwa w jakieś ładniejsze miejsce, my wam pomożemy".

Sugestia została odrzucona, a wykopaliska kontynuowano do 1978 roku. Kilka lat
po tym, jak Związek Radziecki trafił na śmietnik historii, dla znalezionej na
śmietniku wazy nastał kolejny przełomowy moment. W 1992 roku znalezisko
postanowiło zbadać jedno z najlepszych laboratoriów radiowęglowych na świecie,
w Gronigen w Holandii. Izotop węgla C14, dzięki któremu można szacować wiek
przedmiotów, nie gromadzi się jednak w glinie.

- Waza z wozami potłukła się właścicielowi na kawałki i trafiła na śmietnik,
razem z innymi odpadkami - wyjaśnia prof. Kruk. - Tak się składa, że wylądowała
na ogryzionych baranich kościach.

Holendrzy pobrali próbkę kości znalezionej obok wazy i w 1993 roku jej wiek
oszacowano na 5,5 tys. lat. - Wtedy jednoznacznie okazało się, że waza jest
najstarszym na świecie dowodem stosowania wozu - mówi prof. Kruk. W latach
90. "vessel with wagon motif" (waza z wozami) często pojawiała się w pismach
archeologicznych w Europie i USA.


Między Wisłą a Eufratem i Tygrysem


Wóz czterokołowy to jeden z genialnych wynalazków, bez których trudno wyobrazić
sobie rozwój cywilizacji. Żeby się o tym przekonać, wystarczy spojrzeć na
współczesny samochód, który zachował pierwotny plan prostokątnej ramy, do
której doczepiono cztery koła. Zniknął tylko dyszel, bo miejsce zwierząt
pociągowych zajął silnik.

Skąd wziął się wóz Bronocicach 5,5 tys. lat temu? Tak naprawdę jest to pytanie
o miejsce, w którym dokonano czterokołowego wynalazku. Do tej pory archeolodzy
uważali, że stało się to między Eufratem i Tygrysem, a genialnymi wynalazcami
byli Sumerowie. To oni przecież dali światu koło garncarskie, liczydło, pismo,
12-miesięczny kalendarz, 7-dniowy tydzień i prawdopodobnie pierwsi na świecie
wytapiali brąz. Jeżeli ktoś w zamierzchłych czasach miał dokonać tak doniosłego
wynalazku, to tylko oni - zgadza się większość archeologów, wśród nich Janusz
Kruk.

Najstarsze dowody na używanie wozu przez Sumerów to gliniane tabliczki z jego
wizerunkiem pochodzące z Uruk (dzisiejszy Irak). Datowane są - pośrednio - na
lata 3565-3428 p.n.e. Datowanie wazy z Bronocic wzbudza mniej wątpliwości,
dlatego to ona jest uznawana za najstarszy tego typu zabytek na świecie. Co nie
znaczy, że gdzieś w piaskach Iraku nie kryją się jeszcze starsze dowody na
istnienie wozu.

Tak czy inaczej - twierdzą zwolennicy teorii "sumeryjskiej" - wóz musiał szybko
dotrzeć do Europy. - Szybko, czyli w ciągu kilkudziesięciu lat - wyjaśnia
profesor Kruk.

Jeżeli przyjąć za pewnik najwcześniejszą, jednocześnie wzbudzającą największe
wątpliwości datę - 3565 rok - to między tabliczkami z Uruk a wazą z Bronocic z
mniej więcej 3520 roku p.n.e. mamy tylko 45 lat różnicy. Inna wersja zakłada,
że wóz mógł zostać wynaleziony na czarnomorskich stepach, gdzie łatwiej byłoby
go używać. W mogile jednej z istniejących tam w neolicie kultur znaleziono
model czterokołowego wozu.


Zwolennikiem kolejnej tezy jest Rafał Małecki, który jako student archeologii
napisał o wazie z Bronocic pracę magisterską (prof. Kruk wyraża się o niej z
uznaniem).

Po pierwsze, dowodzi Małecki, neolityczna Europa wcale nie była tak zacofana,
jak się dotąd wydawało. To mylne przekonanie wzięło się z faktu, że na terenie
Mezopotamii prowadzono w XX wieku intensywne wykopaliska, podczas gdy swoje
ojczyste ziemie europejscy archeolodzy pozostawili stosunkowo nietknięte.
Tymczasem właśnie w Europie wznoszono potężne grodziska z drewna oraz
megalityczne kręgi ze stutonowych głazów (Stonehenge chociażby). Drewniane
konstrukcje uległy rozkładowi, ale potężne menhiry tkwią w ziemi jako namacalny
dowód możliwości technicznych ówczesnych Europejczyków.

Po drugie, Europa miała drewno i świetnych cieśli, którzy łatwo się mogli
przeistoczyć w kołodziejów. Zupełnie inaczej było na Bliskim Wschodzie, gdzie
drewno było rzadkością i trzeba je było sprowadzać z daleka.

Po trzecie, na Bliskim Wschodzie przez stulecia do transportu wystarczały drogi
wodne, a na piaszczystym podłożu pustyni wóz był bezużyteczny, bo się po prostu
zapadał. Tymczasem w Europie istniały niezłe warunki do rozwoju transportu
kołowego, a na terenach podmokłych już w neolicie budowano drogi wykładane
drewnianymi belkami. W Flintbek w Niemczech odkryto 20-metrowe koleiny. Ich
wiek jest porównywalny z naszą wazą.

Rafał Małecki stawia tezę, że wóz czterokołowy został wynaleziony w Europie i
być może stąd trafił na Bliski Wschód. Choć to mało prawdopodobne, być może wóz
został wynaleziony jednocześnie w dwu, a może kilku miejscach na ziemi.

Profesorowie Janusz Kruk z Polski, Sarunas Milisauskas z USA oraz Jan A. Bakker
i Albert E. Lanting z Holandii są ostrożni. W artykule z 1999 roku na
łamach "Antiquity" konkludują: "Pojazdy kołowe pojawiają się jednocześnie
między 3500 a 3350 rokiem w Uruk, Bronocicach i Flintbek. Na razie jest za
wcześnie, żeby stwierdzić, gdzie dokładnie miał miejsce wynalazek wozu".


Pocztówka z neolitu

Źródło: Działoszyce.info

Powód naukowego zamieszania to niewielka - zaledwie 26 centymetrów średnicy -
waza wykonana z wypalanej gliny. Profesor Janusz Kruk przynosi ją z sejfu i
stawia na ławie w swoim gabinecie. Posklejane brązowe naczynie z jasnoszarymi
uzupełnieniami z gipsu wygląda niepozornie.

- Ceramika z tego okresu bywa dużo ładniejsza - mówi profesor. - Ale takiego
rysunku wśród neolitycznych zabytków Europy próżno szukać. To jak snop światła.

Ostrożnie trzymając je w dłoniach, oglądam najstarsze na świecie wyobrażenie
wozu i próbuję sobie wyobrazić, o czym myślał jego twórca. - To jak pocztówka z
neolitu - żartuje profesor Kruk, widząc moją skupioną minę.

- Czemu miał służyć ten rysunek 5 tysięcy lat temu? - zastanawiam się.

- A po co jest sztuka? - pyta retorycznie profesor. - Człowiek, który
przyozdobił wazę, chciał nam opowiedzieć o świecie, który go otaczał, i
posłużył się rysunkiem. Pięciokrotnie wyrył wóz, jako rzut z góry z kołami
pokazanymi en face. Ta zmienność perspektywy ma bardzo dużo analogii, choćby w
sztuce egipskiej. Obok wozu są pola i drogi oraz drzewa. Pod nim - rzeka. Z
wozu wystaje dyszel. W warstwie, z której pochodzi waza, znaleźliśmy rogi wołu
wytarte tak, jakby coś było do nich często przywiązywane. To mogło być mocowane
do dyszla tzw. jarzmo przyrożne.

Najbardziej zagadkowe jest "piąte koło u wozu", czyli okrąg narysowany wewnątrz
wozu. Zdaniem Janusza Kruka jest to widziane z góry okrągłe naczynie do
przewozu płodów rolnych albo ziarna na zasiew. Inni mówią, że to po prostu koło
zapasowe.

Zdaniem Rafała Małeckiego piąte koło ma znaczenie magiczne i reprezentuje dysk
słoneczny. Pradawnym rolnikom, dla których wóz był przydatny w pracy, musiał
się on kojarzyć z dwoma najważniejszymi momentami w roku - zasiewem i żniwami -
kiedy to wyruszali nim w pole. Słońce było dla nich obiektem kultu, bo mogło
ich pracę wspomóc lub zniweczyć. Może grecki mit o bogu Heliosie, który
codziennie wiezie słońce przez nieboskłon czterokonnym rydwanem, jest odległym
echem tych pradawnych wierzeń?

Mit o "słonecznym wozie" jest rozpowszechniony w wielu starożytnych kulturach.
Oprócz greckiego Heliosa jeździli nim jeszcze indyjski bóg Surja i skandynawska
bogini Sol. W Biblii, w II Księdze Królewskiej, czytamy, że Jozajasz, który u
schyłku VII wieku p.n.e. zabrał się do porządkowania bezbożnej
Jerozolimy, "kazał usunąć konie, które królowie judzcy poświęcili Słońcu u
wejścia do świątyni Pańskiej, [...] i spalił w ogniu rydwan słoneczny".

Czyżby bronocickie naczynie było także najstarszym na świecie wyobrażeniem
słonecznego wozu?


Zmęczony profesor i talent pana Bogdana


W Polsce ciągle mało kto wie o tym znalezisku. Pisano o nim w 1995 roku, potem
próbował je rozpropagować Rafał Małecki w "Rzeczpospolitej" i "Wiedzy i Życiu".

- W Polsce brakuje zainteresowania i inspiracji ze strony mediów - bronił się
profesor Kruk, kiedy zapytałem go, jak to się stało, że przez 30 lat nie
zadbano o należytą promocję odkrycia. - Z wazą historia była skomplikowana, bo
żeby trafić do mediów, musiała zaistnieć oficjalnie, a przez politykę - nie
mogła.

- A co po 1989 roku? - dopytuję się.

- Jestem już trochę tą wazą zmęczony - mówi uczony. - Płacą mi za to, żebym
takie rzeczy znajdował i opisywał w prasie naukowej, a w niej bronocickie
znalezisko jest bardzo znane. Niech popularyzacją zajmują się ludzie, którzy
mają do tego talent.

Zadzwoniłem do biura prasowego Ministerstwa Kultury: - Istnieje u nas
departament promocji, ale on nie zajmuje się wyszukiwaniem zabytków do
promowania, bo od tego są mass media.

Samo ministerstwo "przypomniało" sobie o wazie za sprawą kilku listów
nauczyciela z Zespołu Szkół Mechanicznych nr 4 w Krakowie.

Bogdan Witwicki o wazie usłyszał po raz pierwszy w 1994 roku. W 2001 roku
przypomniał sobie o znalezisku, bo chciał uatrakcyjnić swoje lekcje w szkole,
wszak bez wynalazku wozu nie byłoby samochodów! Dowiedział się, że waza jest
zamknięta w sejfie u prof. Kruka. Ponieważ profesor nie chciał się ze swoim
znaleziskiem rozstać, Witwicki wpadł na pomysł wykonania kopii. Pojechał nawet
do Bronocic, bo uparł się, że glina, z której powstaną repliki, musi być
autentyczna. Kopie wykonały uczennice z liceum plastycznego. Pod koniec 2001
roku jedna z nich trafiła do Muzeum Archeologicznego w Krakowie, druga - do
Działoszyc.

Ale tego Bogdanowi Witwickiemu było za mało. Kontaktował się z dziennikarzami i
dzięki niemu kilka razy o wazie napisano m.in. w krakowskim dodatku
do "Gazety". "Gdyby odnaleziono ją, powiedzmy, w okolicach Paryża czy Wiednia
albo Monachium, wiedzieliby o tym wszyscy, a rodzima telewizja kupowałaby filmy
prezentujące jakże frapujący, sklejony z liczących pięć tysięcy lat fragmentów
garnek" - pisała z goryczą Anna Laszczka. "Lepiej tradycyjnie upierać się przy
dawnej tezie, że kolebką zastosowania koła do transportu była Mezopotamia. O
tym fragmencie świata przynajmniej uczą w szkole, a o Bronocicach - oprócz
mieszkańców - nikt nie słyszał".

Z początkiem 2002 roku za sprawą Witwickiego zdjęcie kopii wazy pojawiło się na
250 tys. biletów komunikacji miejskiej w Krakowie. Dzięki niemu waza z Bronocic
jest też wymieniona w 14. tomie najnowszej encyklopedii PWN pod hasłem "koło
jezdne".

W maju tego roku odsłonięto nawet pomnik upamiętniający znalezisko w
Działoszycach. Witwicki pomógł znaleźć sponsorów pomysłodawcy pomnika Pawłowi
Kamińskiemu, kierownikowi domu kultury w Działoszycach. - Marzy mi się skansen
archeologiczny, jeszcze lepszy niż w Biskupinie. Przecież tu w neolicie była
jedna z największych osad w Europie! - deklaruje dyrektor.

Dziś w Bronocicach i Działoszycach niewiele się dzieje. Zakłady, które kwitły
tu za PRL-u, padły. Okolica powoli wymiera.

- Może turystyka byłaby dla nas szansą? - zastanawia się Kamiński. - Może Unia
da jakieś pieniądze na promocję naszego dziedzictwa?


Prapremiera po 30 latach


Profesor Kruk niechętnie wypuszcza wazę z rąk i dziwi się, jaki sens ma
reklamowanie odkrycia po 30 latach. W zeszłym roku o wypożyczenie wazy prosiły
czterokrotnie niemieckie muzea, pojawił się pomysł pokazania jej na warszawskim
Festiwalu Nauki. - To zbyt cenny zabytek, dlatego nie wypuszczę jej z rąk i
powinna być w sejfie, choćby ją ubezpieczono na nie wiadomo ile - uważa
profesor. - Ale gdyby znalazła się jakaś gablota w Muzeum Narodowym, to co
innego.

Kurator Zbiorów Sztuki Starożytnej w Muzeum Narodowym w Warszawie prof. Witold
Dobrowolski o naczyniu z Bronocic nie słyszał. - My się w ogóle nie zajmujemy
paleolitem ani neolitem, a jeśli już, to egipskim - powiedział na wstępie i
odesłał mnie do Muzeum Archeologicznego. Jednak kiedy streściłem mu historię
wazy z Bronocic i najstarszego na świecie rysunku wozu zadeklarował, że jeżeli
to rzeczywiście taki rarytas, to muzeum chętnie wystawi go w holu. Oby tak się
stało.
 
Więcej o tym zapoznanym skarbie:

No comments:

Post a Comment